Blog > Komentarze do wpisu
Tekst 25: Chełmianka ze skrzypcami
Część 2.

2006
– Parę miesięcy temu odebrałam w Miami telefon. Myślałam, że to jakiś Amerykanin dzwoni – wspomni w maju na chełmskiej scenie Ida Haendel. – Usłyszałam: „I come from Chełm and I am in Chełm”. Zastanawiałam się, dlaczego on tak pysznie mówi po angielsku. Jeśli jest z Chełma, powinien mówić po polsku. Ale mówił po angielsku – powie wyraźnie, silnie akcentując każde słowo. – I Jan Cudak (z-ca prezesa Stowarzyszenia „Miasteczko”), bo to on dzwonił, powiedział: „Już czas żebyś przyjechała zagrać u nas z powrotem. Jest taki plan zamiar żeby odbudować miasteczko na miarę, co najmniej Paryża.”. Odpowiedziałam: „Masz rację. Już dawno powinnam przyjechać”.

Sukces w kole o średnicy metra
Gdy w 1935 roku, w setną rocznicę urodzin Henryka Wieniawskiego, bratanek kompozytora, Adam Wieniawski, zainicjuje w Warszawie międzynarodowe spotkania młodych skrzypków, 7-letnia wówczas Ida, weźmie udział w konkursie. Będzie najmłodszą uczestniczką.
Małą Haendlówna nigdy nie ćwiczy. Bierze skrzypce do ręki i gra. To instynkt podpowiada jej jak to robić.
– Tatusiu, po co ona tak to powtarza? – pyta zdumiona, widząc jak przed konkursem Ginette Neveu powtarza każdą frazę. Już zawsze będzie twierdziła, że jeśli nie potrafi zagrać od razu to najwidoczniej coś nie jest w porządku.
– A może jestem chora? – pomyśli nawet.
Wychodzi na scenę ubrana w skromną sukienkę po kolana, z sięgającym ramion, falbaniastym kołnierzem. Podobnie jak inni uczestnicy konkursu, podczas pierwszego etapu występuje w kole zakreślonym kredą o średnicy metra. W jednej, drobnej dłoni smyczek. W drugiej instrument. Zachwyca jurorów. Ma niezwykłą technikę. Jej biegłość zniewala smyczek do zawrotnie szybkiego tempa. Ton gry jest ładny i słodki. Młodziutka Chełmianka zajmuje pierwsze miejsce w polskiej ekipie. Wraz z innymi laureatami konkursu zostaje zaproszona na spotkanie z Prezydentem Ignacym Mościckim. Ida zapamięta ten wieczór. Próg Pałacu Prezydenckiego niczym magiczne lustro prowadzi ją do nieznanej krainy. Wyobraża sobie, że jest bajkową Alicją. Wychowana w ubogim mieszkaniu podziwia wnętrze apartamentu na Zamku Królewskim. Konkurs im. H. Wieniawskiego utkwi jej w pamięci z dwóch powodów. Pierwszym jest choroba, gdyż tuż przed konkursem zaniemogła na szkarlatynę. Drugi to rozpoczęcie nauki u dwóch najznakomitszych nauczycieli w tamtych czasach: Carla Flescha i George’a Enescu. To oni wpłyną na poziom jej przyszłej gry.

2006
W rodzinnym mieście artystka wystąpi z akompaniamentem jednej z najznakomitszych polskich orkiestr kameralnych, Capelli Cracoviensis. Program, który wykonają muzycy jest ambitny. Doboru repertuaru dokonała sama Ida Haendel.

Mademoissele Haendel
Enesco ma opinię zimnego człowieka. Ale Ida nie wyczuwa tego chłodu. Jest oczarowana tym znakomitym rumuńskim kompozytorem, dyrygentem, pianistą, skrzypkiem i pedagogiem. Nauczyciel zwraca się do niej: „Mademoiselle Haendel”. To jej imponuje. Nikt do tej pory tak jej nie nazywał. Enesco otwiera jej oczy na duchowy wymiar sztuki. Ida uważa go za geniusza. Flesch w przeciwieństwie do Enesco zajmuje się detalami: spostrzega i notuje błędy. Zwraca uwagę na technikę, palcówki i smyczkowanie. Ida tego nie potrzebuje. Przecież od dzieciństwa technicznie panuje nad instrumentem.
 W 1939 roku wybucha wojna. Dwa miesiące wcześniej Natan Haendel wraz z rodziną wyjeżdża do Londynu. Flesch obawiając się ataku Niemiec na Anglię, ucieka do Holandii. – To była duża pomyłka z jego strony – wspomni dorosła Ida. – Ocalał dzięki jednemu z gestapowców, który go ostrzegł: „Profesor Flesch, pan mnie chyba nie poznaje? Jako młody chłopiec uczyłem się gry u pana w Berlinie. Niech pan natychmiast bierze walizkę i ucieka, bo jutro zabierzemy wszystkich do obozu”. Flesch wyjechał do Szwajcarii i tam umarł. Więcej go nie widziałam. To był ten koniec mojej nauki.
Ida Haendel w 1940 roku przyjmuje obywatelstwo brytyjskie. W roku 1952 przeprowadza się do Montrealu w Kanadzie, a pod koniec lat osiemdziesiątych do Miami na Florydzie. Co roku odbywa tournee po Europie, występuje regularnie w Ameryce Południowej i Azji. Kiedy nie gra i nie uczy zajmuje się działalnością społeczną. Jest honorowym ambasadorem UNESCO na Kraje Bliskiego Wschodu. Rodzinnego miasteczko odwiedziła wraz z ojcem w 1986 roku. Ale ponownie zagra tu dopiero w roku 2006.

2006
Chełm, 20 maja 2006 roku.
Dzień słoneczny, ciepły.
Temperatura powyżej 20 stopni C. Wiatr południowo-zachodni, umiarkowany, z prędkością 3-6 m/s.
Biometr na ogół korzystny.
Pogoda prawie jak w Miami.
Godzina 19.30.
Za kilka minut na scenie sali widowiskowej Chełmskiego Domu Kultury zagra wielka dama skrzypiec, Ida Haendel. Chełmianie długo czekali na ten moment. Poruszenie, owacja na stojąco i łzy wzruszenia w oczach zgromadzonych melomanów. Zza czerwonych kotar wychodzi filigranowa kobieta z koroną kędzierzawych włosów. Kiedy się kłania kosmyk zsuwa się lekko na czoło. Artystka ubrana jest w olśniewającą, różową wieczorową kreację. Spod sukni wystają baśniowe pantofelki na wysokim obcasie. W tę drobną osóbkę, która nie ma siły otworzyć słoika wstępuje niesamowita energia. Ida Haendel gra na Stradivariusie z 1696 roku.
– Zdaję się, że brzmi nieźle? Prawda? – spyta później.
Od pierwszego akordu, jaki gra liczy się już tylko dźwięk. Ona jest wzruszona miejscem, w którym gra, a publiczność jest pod wrażeniem niezwykłego nasycenia dźwięku i nieskazitelnej intonacji. Gra z wrażliwością dziecka, na którą nakłada się doskonała technika.
Ida Haendel długo czekała na to, żeby ponownie zagrać tam, gdzie zostawiła swoich wujków i swoje ciotki. Wierzy w to, że istnieje jakiś inny świat i przypuszcza, że jej bliscy są teraz razem z nią. Słyszą, jak gra.
– Nie wiem, co się z nimi stało – mówi na scenie załamującym się głosem. – Tylko o mojej ukochanej ciotce, dowiedziałam się, że została zastrzelona. Chciałabym zagrać dla niej mały, żydowski temacik.
 Już w kuluarach Ida zdradza swój sekret:
 – Zazwyczaj nie koncentruję się na publiczności. Nie interesuje mnie, kto siedzi na sali chłop, prezydent, król czy królowa. Gram dla kompozytora, muzyków i samej siebie. Ale w Chełmie przyznaję, było inaczej. Tu się zaczęła moja kariera. Teraz wróciłam. Widzę jaki jest piękny. Każdy mówi miasteczko, a ja widzę duże miasto, które ma wiele do zaofiarowania. Spodziewam się, że jak mnie za kilka lat znowu tu zaproszą i przyjadę, Chełm, będzie wyglądał, co najmniej jak Paryż.

Autorka: AG

Wykorzystano:
autobiografię Idy Haendel: „Woman with Violin”
rozmowę z Idą Haendel przeprowadzoną przez Weronikę Kadłubiewicz dla dwutygodnika „Ruch muzyczny” (nr 11, 2005 r.)
publikacje (artykuły, zdjęcia) z I. Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniwskiego, Warszawa 3-16 marca 1935
*wiersz Antoniego Słonimskiego: „Elegia miasteczek żydowskich”

czwartek, 26 lipca 2007, ten_inny_konkurs